Strona o stanie kobiet konsekrowanych

Cały stan kobiet konsekrowanych dedykowałam trzem Papieżom:

oraz

a następnie oddałam Matce Bożej,

który to fakt mam poświadczony jasnogórskim dokumentem.

1 sierpnia 2020 r., sobota

Przygotowuję stronę content marketingową dla kobiet. To potrwa raczej długo, zanim ją zbuduję, ale pomyślałam, że może nie szkodzi, jeśli o niej powiem już dziś.

18 lipca 2020 r., sobota

Przygotowałam (dziś rano) dwa rysunki demaskujące mechanizm oddziaływania na kobiety ukrytych form przemocy; przedstawiam je poniżej. Ukryte formy przemocy można podzielić najogólniej na dwa rodzaje: 1. ukryte przez jakiś mechanizm obronny (ukrywa psychika), 2. ukryte, ponieważ nie pozostawiające śladów na ciele (ukrywa sprawca). Przykładem lżejszej ukrytej formy przemocy może być w naszych czasach np. brak na stronie internetowej, na której są bardzo ważne informacje, których nie można znaleźć łatwo gdzieś indziej, certyfikatu ssl. Przykładem ciężkiej ukrytej formy przemocy jest namawianie w związku małżeńskim na in vitro, jeśli pomimo jakiś problemów wciąż istnieją spore (50%) szanse na poczęcie dziecka w normalny sposób, do tego namawiający wie, że z powodu tej metody najprawdopodobniej dojdzie do aborcji nadmiaru poczętych ludzkich istnień i rozumie, że moralnie nie można się na to godzić. Narysowałam te 'prace', żeby dość łatwo dało się zrozumieć dlaczego nie wolno poprzeć metody in vitro:

Przeciw ukrytej przemocy, rys. RK

Przeciw ukrytej przemocy 1, rys. RK

Prawidłowe rozwiązanie problemu sprawia, że na pewno w życiu danej kobiety nie jest potrzebne poczęcie in vitro, ponieważ sprawca ukrytej przemocy jest odizolowany od ofiary nie tylko psychicznie i w prawidłowym miejscu, ale też rzeczywiście, a problem staje się (dla pomagających oraz dla poszkodowanych) i jawny, i skończony. Gdyby ktoś był zainteresowany, w Altanie te rysunki są większe.

Ta nowa przestrzeń dla życia duchowego konsekrowanego ma trzy odmiany:

Odmianę w świecie, odmianę w konkretnych czterech zakonach mendykanckich oraz odmianę w duchowości benedyktyńskiej. Tylko w odmianie w świecie są ratowane powołania kontemplacyjne oraz kontemplacyjno-czynne. W odmianie w zakonach oraz w odmianie w duchowości benedyktyńskiej ratowane są tylko powołania kontemplacyjno-czynne. Stan kobiet konsekrowanych jest stanem niezależnym, ponieważ w odmianie w świecie istnieje możliwość schronienia się nawet w sytuacji, gdyby się zdarzyło, że we własnym zakonie, do którego nie udało się dotrzeć na czas, znów zdarzą się niesprzyjające okoliczności i ludzie w zakonie z jakiegoś powodu znów odrzucą (zakon znów odrzuca wtedy, gdy nie pozwala na żaden rodzaj posługi dla zakonu), lub z powodu kłopotów materialnych (odmiana zakonna jest dla kobiet, które w czasie rozeznawania powołania do stanu kobiet konsekrowanych i w czasie próby oraz można przewidywać, że też potem, raczej stać na większe wydatki).

Odmiany różnią się między sobą; to są trwałe różnice, choć mogą się zdarzyć jakieś wyjątki w pojedynczych przypadkach ze względu, np. na próbę posłuszeństwa Kościołowi.

W stanie kobiet konsekrowanych okazuje się, że jest możliwe duchowe macierzyństwo; także takie, które owocuje koncepcją na nowe zgromadzenie zakonne, ale wtedy koncepcję tę buduje dosłownie tylko modlitwa, i to różańcowa na początek. To duchowe macierzyństwo 'wplata się' 'organicznie' w różaniec. W ten sposób, że całe nowe zgromadzenie po pierwsze musi mieć w stanie kobiet konsekrowanych duchową matkę, a po drugie musi być tak malutkie, żeby się zmieściło w zamiłowaniu do jednej tajemnicy różańca, np. jedne moje dzieci duchowe mieszczą się w 2-giej tajemnicy światła (Bracia KaneanieSiostry Kaneanki), drugie dzieciaki mieszczą się w 3-ciej tajemnicy światła (Serduszkowie i Serduszki), a dzieci najmłodsze w 2 tajemnicy radosnej (Bracia Muleanie i Siostry Muleanki), a jeszcze jedne średnie w jeszcze innej tajemnicy różańca świętego. I to zamiłowanie do tej jednej tajemnicy absolutnie nie może się powtórzyć w żadnym innym zgromadzeniu oraz nigdy nie może zniknąć.

Uratowane w stanie kobiet konsekrowanych powołanie kontemplacyjne MUSI mieć coś na głowie. Inaczej niszczeje (wyniszczenie jest duchowe, a z czasem wyraźnie się pogłębia: najpierw takie powołanie traci siłę do wypełniania codziennych obowiązków, żeby sięgnąć po to co je na pewno duchowo odżywia, np. po codzienne słuchanie Radia Watykańskiego, następnie zapomina, że rzeczywiście potrzebuje takiego pokarmu, potem bez pokarmu traci siłę jeszcze bardziej, bo nie może być inaczej; także następuje wyniszczenie fizyczne, ponieważ lniana sukienka coraz więcej waży, jakby była z ołowiu, więc niesie coraz większy ciężar; w końcu traci przywiązanie do tego pragnienia, żeby nosić welon, nie wiem czy to się uda wskrzesić, ponieważ Duch Święty mnie kilkakrotnie na przestrzeni kilku lat przekonywał, żeby w ogóle wziąć to pod uwagę, że powinnam mieć na głowie welon; w domu najpierw nie wytrzymywałam ani kilku minut). Przepraszam, że to coś dla mnie na głowę (o ujednoliconej formie dla wszystkich uratowanych w stanie kobiet konsekrowanych powołań kontemplacyjnych [przypomina mi to sytuację z 2007 roku, kiedy musiałam zdjąć na jakiś czas medalik szklaplerzny, ponieważ, w podobny sposób jak teraz ten niekompletny mój ubiór, był nie do udźwignięcia na noszenie non stop]) nazwałam welonem, ale ta nazwa jest najbardziej adekwatna do tego co to nakrycie głowy wyraża. Najpierw jest nakryciem głowy do modlitwy, w modlitwie nieustannej (modlitwie skupienia, modlitwie życiem), więc wyraża brak hańby przed Bogiem, czyli jest znakiem wierności chrześcijańskiemu dziedzictwu (wyniszczonemu dobremu zwyczajowi). Naprawdę nie jest dekoracją.

19 maja 2020 r., wtorek w Okresie Wielkanocnym

Śluby moje prywatne czasowe w stanie kobiet konsekrowanych złożyłam zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego (kan. 1191–1197); przepisy te zostały mi wskazane przez Stolicę Apostolską w odpowiedzi pisemnej na moją prośbę o zgodę na takie śluby.

17 maja 2020 r., VI niedziela w Okresie Wielkanocnym

Święty Janie Pawle II, Pielgrzymie niosący Prawdę,

oprócz kilku drobnych modlitw i tego napisanego dziś tekstu, który jest poniżej (w dzisiejszej dacie), nie mam dosłownie nic więcej dla Ciebie na Twoje 100-tne urodziny, ale może będzie lepiej na 200-tne.

Sens warunków ratowniczych dla ratowanych powołań kontemplacyjnych i kontemplacyjno-czynnych, które udało mi się na przestrzeni kilku lat odkryć, a teraz pośród przeróżnych niespodziewanych trudności, które mam możliwość poddawać próbie i jakiejś wstępnej weryfikacji we własnym życiu duchowym w stanie kobiet konsekrowanych, polega na tym, że w najgorszym wypadku warunki te podtrzymują ratowane powołanie w pewnym dystansie do atakującej je rozpaczy, od której właśnie je ratują. Nie są to więc warunki uszczęśliwiające, ale na przeżycie, a potem na lepszą jakość tego przeżycia (w sensie duchowym oczywiście). Nie może uratowane powołanie kontemplacyjne, które nie otrzymało zgody na welon (zgody na nakrycie na stałe, w zaproponowanej ujednoliconej formie, głowy) podołać całości codziennych obowiązków modlitewnych. To wygląda na trwałą 'niedyspozycję' po takiej decyzji. Dzieje się tak dlatego, że Duch Święty najprawdopodobniej pozostawia duchową przestrzeń w życiu takiego 'skarconego' powołania, dzięki której nie jest takie ratowane powołanie pozbawione możliwości przyjęcia takiego nakrycia głowy w późniejszym czasie. Na poziomie psychicznym chodzi tu o to, żeby po zmianie decyzji, jeśliby nastąpiła taka zmiana, taka kobieta nie 'przeważyła' w stronę niebezpiecznej euforii, ale żeby pozostała w charakterystycznej dla jej osobowości równowadze psychicznej. To równocześnie oznacza, że dopóki jej głowa pozostaje odkryta, niesie cięższy krzyż, żyje jej się na co dzień ciężej, czyli np.: zamiast pisać książki lub uczyć się teologii, czy nawet spotykać się z ludźmi, musi modlić się na różańcu lub modlitwą do św. Michała Archanioła, żeby blokować podprogowe ataki złego ducha, albo: nie może przyjąć modlitwy wstawienniczej, nie może posłużyć taką duchową pomocą osobom, które o taką modlitwę proszą, a także tym, którzy nie proszą, ale potrzebują, ponieważ jest tak duchowo wyczerpana, że nie jest wstanie wypowiedzieć nawet ani jednej więcej modlitwy Zdrowaś Mario... Wygląda na to, że naprawdę powinien wystarczyć welon, żeby tych problemów nie było, ale nie wiem jak musi wyglądać 'dochodzenie do siebie' po dwóch trzech latach niesienia takiego nie zdjętego na czas ciężaru (miał być zdjęty w drugim roku nowicjatu). Może się takie ratowane powołanie potem zbierać do jej właściwej duchowej kondycji kilka miesięcy, ale obawiam się, że nawet kilka lat. Bez dodatkowej modlitwy nie ciągnie ta sytuacja (odkrytej głowy) do stanu świeckiego, ale niestety do rozpaczy; kobieta, która ma ratowane powołanie, ponieważ nie udało się na czas trafić do klasztoru klauzurowego, a minął jej już wiek, doświadcza bardzo silnych upokorzeń przy braku zgody na nakrycie głowy, ponieważ pierwotnie miała być bardzo (w jej ubiorze) zabudowana, a jeszcze na całe życie za klauzurą papieską. Tego osoby świeckie nie mają jak pojąć! Im już sama długa lniana sukienka wydaje się bardzo skromna. Na dodatek może przeżywać to upokorzenie jako 'przymusową, niehumanitarną laicyzację'. Najwyraźniej da się to cierpienie z nadmiaru umartwień (własnych i dołożonych) 'zobaczyć' w ratowanym powołaniu kontemplacyjnym, czyli powołaniu, które żyje dosłownie tylko dlatego, ponieważ się modli. Podejmuje tyle relacji ze światem, ile zdoła zaczerpnąć sił z jej własnej modlitwy (modlitwa jest czymś w rodzaju duchowej kroplówki, którą podaje Duch Święty). Przy czym obowiązkowy ubiór też jest częścią jej codziennej modlitwy, a jego brak jakimś rodzajem braku w ilości potrzebnego duchowego pokarmu podawanego tą duchową kroplówką. Innymi słowy mam coraz mniej sił, żeby wytrzymywać np. w mieście, w podróży, w trudnych duchowo relacjach w świecie (np. słyszenie przeklinających na ulicy trafia w jakieś głębie mózgu z ogromną duchową siłą, po której bywa, że śnią się koszmary, a moje uratowane powołanie zawsze wtedy ma zagrożone życie, jest dosłownie bite tymi przekleństwami; nakrycie głowy osłania uszy!, dlaczego nie mogę nosić nakrycia głowy?), a raczej ciągnę w stronę czegoś na podobieństwo rekluzji (samo uczestnictwo we Mszy św. z ludźmi świeckimi, po stronie dla wszystkich, a nie za klauzurą, jest ogromnym duchowym trudem!). Przypuszczam, że gdybym w zaistniałej sytuacji poprosiła o zwolnienie ze ślubów złożonych w stanie kobiet konsekrowanych, już nie miałabym większych trudności na tym etapie mojego życia duchowego, żeby wrócić do stanu świeckiego, ale to nie miało być w ten sposób! (Pan uratował moje powołanie!), ponieważ to na pewno musiałoby oznaczać śmierć tego uratowanego powołania kontemplacyjnego. Na szczęście ja wciąż jeszcze żyję. Dzieci moje duchowe patrzą na ich matkę łysą, a nie piękną, więc też ponoszą szkodę. Tak, próbowałam korzystnie interpretować tę odmowę welonu, ale to na niewiele pomogło. To nie są żadne kwadratowe. Naprawdę! Tu chodzi o taką różnicę: osoba świecka powie 'niech się pani nie denerwuje, jakoś to się przecież ułoży', ale osoba życia konsekrowanego powie 'Jezu! jakiś człowiek leci z bardzo wysoka, jakby go ktoś z samolotu wyrzucił, co jest samo w sobie absurdalne, a nawet wygląda na fatamorganę, ale na wszelki wypadek przynieśmy szybko materace, bo chyba nie ma spadochronu!, więc żeby chociaż przeżył; na pewno się połamie!'.

16 marca 2020 r.

Uprzejmie informuję, że przesłałam listami poleconymi Jego Świątobliwości Ojcu Świętemu Franciszkowi, Jego Ekscelencji Ks. Abpowi Stanisławowi Gądeckiemu oraz Jego Ekscelencji Ks. Abpowi Markowi Jędraszewskiemu wymyślone przeze mnie i wykonane prototypy małej serwety (nazwałam ją z j. łacińskiego mantelium) na dłoń, wraz z dokładnym opisem (zasad wykonania, proponowanego znaczenia) oraz wielką prośbą, żeby rozważyć możliwość wprowadzenia na stałe (na tak długo aż człowiek przezwycięży chorobotwórcze bakterie, wirusy i koronawirusy w takim stopniu, że już nie będą aż tak dużym zagrożeniem dla jego życia) i w całym Kościele katolickim przyjmowania komunii św. na mantelium, a dokładniej mówiąc na dłoń okrytą takim mantelium. Całkowicie zgadzam się z lekarzami, że potrzeba dla wszystkich zmiany, ponieważ jeśli jedna osoba przyjmuje Pana Jezusa Eucharystycznego na dłoń, a druga do ust, nie ma to większego sensu, jeśli chodzi o zabezpieczenie przez zarażaniem się.

mantelium (bawełniana serwetka na dłoń do przyjmowania Komunii św. na rękę)

23 stycznia 2020 r.

Uratowane w stanie kobiet konsekrowanych powołanie można przedstawić w zabawnej i znanej metaforze o pingwinie. Prawdziwego powołania nie można nabyć, ale można je odkryć. Kto jest w prawdzie na ten temat, patrząc na ludzi widzi mniej więcej coś takiego: człowiek (świecki), człowiek (świecki), pingwin (człowiek z powołaniem do życia konsekrowanego), człowiek, człowiek, pingwin itd. Chodzi oczywiście o duchowość. Następnie często dochodzi do zaprzeczenia tej prawdy:'To niemożliwe! W naszej rodzinie nie ma zakonnic! Przywidziało nam się'. Ta prawda oczywiście stara się przedostać do świadomości ludzi w najbliższym otoczeniu takiego pingwina, więc wtedy idzie akcja wmawiania sobie i innym, że na pewno widzą człowieka, a nie pingwina. Ludzie czasem dają się przekonać. Dzieje się tak wtedy, kiedy uznanie tej prawdy grozi zbyt dużymi cierpieniami, czyli np. w czasach totalitarnych. Następnie już w dorosłym życiu taki pingwin bierze się za swoją robotę tam gdzie jest, czyli pomaga tam gdzie jest (modlitwą lub innym rodzajem posługiwania, np. opieką nad chorymi itp.), więc nie czuje się źle. Jeśli jednak trafi na swoich, zauważy różnice. Jeśli to wszystko wydarzy się we właściwym czasie, czyli mniej więcej do 35 roku życia, trafi do klasztoru, ale jeśli znów coś pingwina zatrzyma, np. konieczność zajęcia się kimś w rzeczywistej potrzebie, nie zgłosi się na furtę, tylko pójdzie pomagać i niewymownie cierpieć. Cierpienie to kompensuje życie za klauzurą i sprawia pewne niewielkie zmiany, które jednak w naszych czasach, w kryzysie tych powołań, zamykają mu drogę do klasztoru, ponieważ zmiany te są zabawne: taki pingwin jest inny od typowych, zupełnie niespotykany i nikt nie wie co to jest, że ma.. różowy brzuszek. Pingwina z różowym brzuszkiem nikt do klasztoru nie przyjmie, ponieważ nikt nie chce, żeby się z niego śmiano. A to jest pigwin zagotowany cierpieniem, czyli tak naprawdę metafora potu Pana Jezusa w Ogrojcu. Taki pingwin chodzi więc sobie po świecie i się z niego nieraz śmieją, a niektórzy się go nawet boją, np. przy sanktuarium św. Jana Pawła II jeden taki pingwin pocieszał się zachwycając się prześlicznymi różami parkowymi, które były posadzone wokół małej choinki. Były niezwykłe: najpierw kwitły na biało, a potem właśnie robiły się jasnoróżowe, nigdy wcześniej takich nie widział, a na dodatek zauważył, że były dokładnie w takim odcieniu jak jego brzuszek, a kiedy były białe, przypominały mu czasy jego nowicjatu, były balsamem na duchowe rany jego pingwiniej głowy, na którą nie pozwolono mu założyć białego welonu, a on posłuchał. Ale nagle się okazało, że zostały wykopane, zresztą ta mała choinka, która też cieszyła tego małego pingwina, tym że właśnie jest mała, też została wykopana i nie wiadomo gdzie jest, ale teraz jest za to duża choinka, którą widać z daleka. Tyle, że różowy pingwin jest znów potwornie smutny, ponieważ nie pierwszy raz się zdarza, że co mu się spodoba, jest jakoś niszczone, tzn. znika z oczu tego pingwina. Nie dziwcie się, gdy znów z tego nowego cierpienia zmieni się jego kolor. Za chwilę chyba będzie poziomkowy, przez ten makabryczny pomysł, żeby na krakowskich Błoniach, uświęconych modlitwą trzech Papieży, zrobić tor wyścigowy dla koni (co się dzieje z końmi na takich wyścigach można sobie wyobrazić, jeśli się zrozumie starania p. Brigitte Bardot w sprawach tych zwierząt, a ja napisałam odrobinę więcej na ten temat na stronie wspólnej dla moich duchowych dzieci: www.altana.malarstwoity.pl). Dodam, że o podobnych pomyłkach „mówi” nam też jedna z przeglądarek internetowych, której logo przedstawia pandę małą, ale kto nie wie, myśli że lisa. W tym chodzi o bardzo poważną walkę duchową, w której na pewno nie ma żartów, ani nic zabawnego, ponieważ chodzi o mistykę, którą próbuje pokonać „mistyka”, która niestety też smakuje, więc nie jest łatwo argumentować. Zachęcam do nawrócenia w temacie darmowości łaski Bożej! Nabożeństwo do św. Szarbela, w którym przez przypadek raz uczestniczyłam, jest ścianą ustawioną nad samą przepaścią. Zatrzymuje ludzi w ich bezmyślnym pędzie do gnozy. Gdyby nie było tej ściany, dla tych ludzi, którzy się tym nabożeństwem ratują, chyba nie byłoby już pomocy. Stan kobiet konsekrowanych w ogóle nie podchodzi do przepaści. W stanie kobiet konsekrowanych nie ma uratowanych karmelitanek bosych czy klarysek, czy klauzurowych augustianek. Naprawdę lata cierpienia w świecie zmieniają coś znacznie. To trzeba zrozumieć, że w tych sytuacjach (stan kobiet konsekrowanych ratuje nie tylko powołania kontemplacyjne, ale także niektóre powołania kontemplacyjno-czynne, ale na ten temat ja już nie mam wyraźnych wglądów) uratowanie dotyczy samego życia konsekrowanego kontemplacyjnego z pewnymi charakterytycznymi cechami, które tylko czasem są widoczne, ale cechy, które świadczą, że było to pierwotnie takie a takie powołanie, na pewno nie robią się widoczne dla osób świeckich; takie uratowane powołanie kontemplacyjne musi więc czasem uznać swoją słabość i nauczyć się unikać cierpienia, a nie wchodzić w nie, ponieważ dla takiego uratowanego powołania, cierpieniem jest to, że żyje w świecie. Za klauzurą żyje się w warunkach prawie niebieskich! W świecie w warunkach czyśćca, osoby świeckie tego nie rozumieją. Czasem, w wyjątkowych okolicznościach, trochę rozumieją: znak krzyża przynosi nam prawdziwą ulgę w cierpieniu, tzn. patrząc na krzyż, choćby był daleko na wieży kościelnej, możemy na chwilkę chociaż odpocząć (odczuć pokój w sercu). Tam więc, jeszcze żyjemy, gdzie są krzyże, ale właśnie nie rzeź koni, tylko krzyże, nawet przydrożne. Dosłownie w znaku krzyża Chrystusowego jest nasze zbawienie. Proszę, zrozumcie chrześcijaństwo! My nie możemy milczeć, ponieważ Wy się TYLKO mylicie! (to brzmi dwuznacznie, więc jeszcze wyjaśnię: tylko nie oznacza tutaj, że nic więcej się w świecie nie wydarza, tylko same tragiczne pomyłki, ale to, że nie ma woli czynienia wielkiego zła, ale da się odczytywać z różnych tragicznych decyzji świata wolę szukania prawdziwego dobra, czyli że tragedie różne nie biorą się w naszych czasach z braku pragnienia pokoju na świecie, ale biorą się z błędów i braku dostępu do całej prawdy, czyli np. z wnioskowania na podstawie stereotypów lub [czasem] z zaufania komuś, kto akurat nakłamał, czyli akurat nie był dobrej woli), czyli tak naprawdę nie chcecie nas zniszczyć. To nie jest jeszcze dla świata moment, w którym Pan Jezus milczy przed Piłatem! Bóg jest miłością, tzn. dosłownie tak jest: gdzie jest prawdziwa miłość, choćby serdeczność, jest obecny Bóg, „miesza się” w sprawy ludzkie Duch Święty. Czy człowiek w to wierzy, czy nie, ponieważ Pan Bóg jest większy od naszej wiary. Różowy brzuszek pigwiny mają tam, gdzie nie jest rozwiązany problem aborcji, a one muszą płacić podatki, z których jest finansowane coś co jest zabójcze dla ludzkiego życia, podczas gdy one zrobiły wszystko co tylko się dało, żeby to powstrzymać i już nie mogą więcej (chwilowo lub zupełnie). Jeśli te tragedie zostaną szczęśliwie pokonane, różowe brzuszki powinny się rozjaśniać, znów „jak śnieg wybieleją”. Podpowiedzi w temacie „jak ten problem rozwiązywać?” można znaleźć na moim prywatnym blogu. Pseudomistyka, czyli mistyka fałszywa atakuje w ten sposób, że człowiekowi podobają się różowe brzuszki pingwinów i wydaje mu się, że nic nie może na to poradzić, ponieważ widzi, a jest przekonany, że się nie myli, że chce, żeby takie różowe brzuszki w przyrodzie występowały, ale to można, a nawet trzeba przezwyciężyć, i to trzeba zrobić autentycznie z pomocą łaski uczynkowej: 'jeśli podobają mi się różowe brzuszki pingwinów, to czy mogę uznać, że w ogóle podoba mi się różowy kolor? Czy jestem w stanie oderwać to upodobanie do takiego koloru, naprawdę ślicznego, od brzuszka pingwina? Raczej tak'. Jeśli już wiadomo, że tak, to wtedy trzeba sobie kupić kilka ślicznych różowych przedmiotów, najlepiej z jakieś szlachetnej materii, np. cegły z różowej soli, które można też podświetlić i korzystać z takiej estetyki tak długo, aż różowy brzuszek pingwina straci tamto "ostre" znaczenie. Można też na lato posadzić w balkonowych skrzynkach różowe surfinie itd. Upodobanie w różowym kolorze warto mieć i pielęgnować, ponieważ właśnie tym kolorem ornatu jesteśmy pocieszani dwa razy w roku: raz w czasie Adwentu i raz w czasie Wielkiego Postu.

4 grudnia 2019 r.

Na adwent: wystarczy z serdecznym nastawieniem przeczytać trzy krótkie dokumenty, żeby podołać własnemu nawróceniu, czyli szczęśliwie powiedzieć Panu Bogu swoje własne prawdziwe fiat. Polecam te teksty każdemu kto się z różnych względów pogubił na drogach swojego życia, a chciałby pojąć prawdy, które pomogą mu dalej żyć jednak szczęśliwiej. Mam na myśli dokument Kongregacji Nauki Wiary „Deklaracja DOMINUS IESUS o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła” z roku 2000, dokument Kongregacji Nauki Wiary „List biskupów Kościoła Katolickiego o współdziałaniu mężczyzny i kobiety w Kościele i w świecie” z roku 2004 oraz dokument Kongregacji Nauki Wiary „Instrukcja DIGNITAS PERSONAE dotycząca niektórych problemów bioetycznych” z roku 2008. Miałam ogromne szczęście, że Pan postawił na mojej drodze w 2001 roku kogoś kto mi wskazał pierwszy z wymienionych tutaj dokumentów (z zarzutem, że go nie znam), co było dla mnie prawdziwą pociechą w tarapatach, w których się wtedy znalazłam (doświadczyłam wtedy czegoś co można nazwać 'przymusowym nawracaniem'; moje nawrócenie, świadome i dobrowolne po czasie różnych poszukiwań, innych jeszcze kłopotów i oczywiście pewnie też życiowych błędów, zaczęło się na szczęście wcześniej, więc ocalało w tamtej nawałnicy, która 'próbowała' je zastąpić przymusowym). Do tego po kilku latach trafiłam na jeszcze jeden dokument, ale tu nie ma co o nim mówić, ponieważ akurat dwie moje książki (z imprimatur) są owocem lektury tego jeszcze jednego watykańskiego dokumentu.

7 listopada 2019 r.

(...)

6 listopada 2019 r.

Właśnie my, kobiety (nie tylko konsekrowane, ale wszystkie) jesteśmy odpowiedzialne za „dokopywanie się” do naszej naturalnej wrażliwości, ponieważ z natury jesteśmy czułe i delikatne, a nie parszywe i zobojętniałe. Uznanie aktu małżeńskiego (mam na myśli akt małżeński w małżeństwie sakramentanlym) za seks na pewno nas rani, ale żeby to wiedzieć z całą pewnością, potrzeba wglądów. Na szczęście o wglądy, które pozwolą poznać tę prawdę na pewno można się modlić. Nawet to jest bardzo słuszne, żeby prosić Boga o wglądy na ten temat, jeśli nie mają nas one zniszczyć, czyli jeśli prawda na ten temat ma być podawana duszy (duszom) w ilości, którą da się w danym momencie życia znieść, a nie w ilości lawinowej. Mężczyźni w pewnym sensie negocjują z nami, kobietami, rozumienie i uzasadnienie aktu małżeńskiego, tzn. oni chcą, żeby to była zwykła bezproblemowa radość, ponieważ akceptacja tego podejścia przez nas, kobiety, zwalnia ich z trudu poszukiwania (wciąż na nowo) prawdziwej miłości. Ale te wydarzenia nie mogą być w ten sposób traktowane, jeśli nie mają być raniące, ponieważ akt małżeński jest wydarzeniem zawsze wyjątkowym, bardziej mistycznym, niż sportowym, więc nie można go traktować jak tylko serdeczną rozmowę o bardzo poważnych sprawach podczas wspólnego joggingu. Raczej zawsze dużo bardziej poważnie, co przecież wcale nie wyklucza poczucia humoru czy spontaniczności. Akt małżeński jest wydarzeniem intymnego wyznawania miłości pośród pewności wierności i wzajemnych uczuć. Bardziej rozumienie tego przylega do sensu Mszy św., niż do sensu desakralizacji opuszczonych świątyń, w których urządza się wystawy malarstwa. Choć to drugie dzieje się z pewnością, jeśli nie ma sakramentu małżeństwa, a tylko jakieś życie „na kocią łapę”. Ciekawe, że akurat gołębie niosą własnymi zwyczajami prawdę o czułej miłości małżeńskiej. Podobno dobierają się w pary i są sobie wierne, a czasem nawet można zauważyć parę gołębi, które się całują.

3 listopada 2019 r. (niedziela)

Każdemu człowiekowi należy się dobra nowina o jego własnym życiu w kontekście jego prawa do życia. Kto tego nie rozumie w sposób naturalny (intucyjnie), na pewno może sobie pomóc intelektualnie, rozważając własne prawo do życia w ramach bezinteresownej serdeczności Pana Boga (to, że Pan Bóg jest bezinteresownie serdeczny wobec ludzi jest już udowodnione, więc wystarczy tylko dobrze poszukać i przyjąć ten dowód do wiadomości), którą zostaliśmy obdarzeni dosłownie wszyscy od początku naszego istnienia (każdy człowiek w prawie naturalnym od chwili poczęcia do naturalnej jego śmierci ma prawo do życia), ale tym bardziej w tym zbawczym wydarzeniu, że Bóg stał się człowiekiem (ze względu na Pana Jezusa Bóg Ojciec z całą pewnością tym bardziej błogosławi życiu ludzkiemu); człowiek jest z natury swojej pożyteczny (można sobie pomóc, żeby to zrozumieć, przyglądając się naturze tych ras psów, które mają mocno rozwinięte cechy altruistyczne [psy do pracy w ratownictwie] lub opiekuńcze [psy pasterskie i psy do pracy w dogoterapii], ale także niektóre cechy obronne [średnie i duże pudle, średnie i duże sznaucery]), a jego normalnością (w każdej cywilizacji i kulturze) jest radość życia, która przejawia się w przeróżny sposób (nie jest syndromem Polianny), nie tylko przez spontaniczny uśmiech do drugiego, czy tzw. dojrzałe poczucie humoru, ale też przez zdolność do refleksji, i przez zdolność do łez. Człowiek z natury swojej nie jest psychopatą; ma jakąś (mniejszą lub większą) uczuciową (mam na myśli tzw. uczucia wyższe) i emocjonalną (chodzi mi o uczucia niższe) wrażliwość. Nie jest ta dobra nowina o życiu ludzkim zachętą do bezmyślnego rozmnażania, ale raczej do zauważenia prawa, które dotyczy każdego człowieka, gdziekolwiek by nie był, do tego żeby żyć i cieszyć się życiem i to jak najlepiej, czy nawet jak najdoskonalej, dojrzewając przy tym do wielkoduszności, wspaniałomyślności i bezinteresowności (w rodzinie, w samotności, w powołaniu zakonnym, w życiu konsekrowanym, czy nawet w życiu pustelniczym). W Polsce czasach naszego zniewolenia w latach PRL-u był przymus leczenia psychiatrycznego dla osób, które targnęły się na swoje życie, i to było naprawdę dobre, ponieważ to było autentyczne ratowanie ludzkiego życia. Wszelkie zło, którego się człowiek kiedykolwiek dopuścił nie jest zgodne z jego naturą, czyli jest przeciwne naturze ludzkiej i także przyrodzie, czyli ją niszczy, ale na szczęście można przestać czynić zło, a podjąć dobre uczynki, i już jest człowiek na dobrej drodze.

Osobiście uważam, że sama tylko naturalna metoda planowania poczęcia dziecka może jednak zawieźć. Potrzeba więc jeszcze jednego lekarstwa, jeśli jakaś para pragnie mieć tylko jedno lub co najwyżej dwoje dzieci. Tym lekarstwem z całą pewnością jest oddanie siebie do „kontroli” w tym zakresie bezpośrednio Panu Bogu. Chodzi o własną zgodę własnej wolnej woli na Bożą pomoc w tym względzie i to aż do skutku. Tyle, że wymaga to współpracy w łaską Bożą, czyli np. przychodzenia na modlitwę adoracji Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i to tak długo, jak to się okaże potrzebne (dusza modląca się zorientuje się kiedy już będzie w niej wszystko na ten temat dobrze poukładane). Można mieć pragnienie nie zabijania poczętych istnień ludzkich i dokładnie z tego powodu zdecydować się na chrzest, ponieważ chrzest pozwoli na sakrament małżeństwa, a sakrament małżeństwa (którego [to na pewno warto wiedzieć] mężczyzna i kobieta, w obecności kapłana, udzielają sobie nawzajem [czyli – powiem to jeszcze w inny sposób, ponieważ to jest niezwykła rzeczywistość duchowa – to nie ksiądz udziela sakramentu małżeństwa, ale dwoje kochających się]) na bez wątpienia większą Bożą pomoc w zachowaniu czystości małżeńskiej (czystość małżeńska nie jest małżeńską wstrzemięźliwością, ale wiernością i umiarkowaniem, także – to jest oczywiste – brakiem przemocy i bez wątpienia miłością). Ponieważ w małżeństwie sakramentalnym (ważnie zawartym) istnieje duchowa jedność, może się modlić jeden z małżonków o to, i powinno wystarczyć dla dwojga. W innych religiach nie ma na to szans, ponieważ taką jedność, o jakiej mówię, daje tylko sakrament. Notabene warto dodać, że znaki świadczące o braku tej jedności mogą świadczyć o braku sakramentu, czyli mogą być jakąś pierwszą przesłanką do sprawdzenia czy w ogóle doszło do zawarcia małżeństwa. W procesie o stwierdzenie nieważności małżeństwa bada się sytuację przed ślubem do dnia ślubu włącznie i z tego co się orientuję tylko to się bada. Znam jednak przypadek, w którym tak powiedziano osobie, która zastanawiała się nad wniesieniem skargi do sądu kościelnego, a następnie - kiedy w związku z tym zdecydowała się wnieść skargę - w jej procesie badano i wyrok wydano po przesłuchaniach dotyczących sytuacji i sprzed ślubu i tego co się wydarzyło po ślubie, a nawet po rozstaniu i po rozwodzie. Skarżąca nie mogła w czasie procesu z nikim na ten temat merytorycznie porozmawiać, choć chciała, ponieważ przed jej przesłuchaniem musiała złożyć przysięgę nie tylko, że powie prawdę, ale że przez cały czas trwania procesu z nikim, dosłownie z nikim!, nie porozmawia o sprawach dotyczących tego procesu, a że chodziło o znęcanie się psychiczne nad nią, na pewno potrzebowała coś mówić o swoich problemach w sensie emocjonalnym (żeby zachować lub ochronić swoje zdrowie psychiczne) w czasie prawie dwóch lat, jednak nie tylko nie mogła ani jęknąć o swoim cierpieniu związanym z procesem swoim najbliższym, ale z powodu przysięgi nie mogła skorzystać nawet z psychoterapii wspierającej (choć chodziła na taką terapię, ponieważ sytuacja była aż tak trudna, że potrzebowała tym właśnie faktem uspokajać jej najbliższych [właśnie dlatego, że nic nie mówiła, a oni widzieli, że ledwo była żywa], wszystkie sesje przemijały w milczeniu, czyli w autentycznej walce o tamtą przysięgę). Nie wiem jak jest teraz w temacie tego typu przysięgi. Sprawa, o której napisałam miała miejsce w latach 2002-2004; ale na czas bieżący Ojciec Święty Franciszek bardzo pomógł w tym temacie (mam na myśli procesy o zwierdzenie nieważności sakramentu małżeństwa), ponieważ teraz - z tego co się pobieżnie orientuję - sprawy o stwierdzenie nieważności sakramentu małżeństwa są rozpatrywane w I instancji, a wtedy obowiązkowo były w dwóch. Naprawdę warto korzystać. W stanie kobiet konsekrowanych nie można się formować, jeśli nie ma się poukładanych tych bardzo poważnych życiowych spraw. Tu jest istotny celibat. A jeśli celibat, to separacja nie może wystarczyć. Poza tym nie można mieć dziecka (ani własnego, ani adoptowanego).

28 października 2019 r.

Potrzeba zrozumienia tej różnicy, która wynika z faktu chrztu i życia w łasce oraz zanurzenia w łasce, a niesie trudność w porozumiewaniu się w osobami uwikłanymi w magiczne myślenie. Chodzi o to co widoczne jest w takim przykładzie: Jeśli katolik mówi na widok kogoś innego, o kim myśli, że też jest katolikiem lub nie ma problemu z rozumieniem katolików "Ty jesteś naprawdę nieszczęście!", to katolik katolika (oraz ci, którzy nas, katolików, rozumieją) rozumie w lot i bez cienia wątpliwości co zostało powiedziane (zostało powiedziane:'Co się dzieje? Wyglądasz bardzo źle. Nie potrzebujesz jakiejś pomocy? Nie chcę pytać wprost, bo nie wiem czy to cię nie urazi'), ale jeśli ten sam tekst słyszy nie katolik, ale człowiek uwikłany w magiczne myślenie, może właśnie być gigantyczny, mający ogromny wpływ na życiowe decyzje, problem z dogadywaniem się, ponieważ, choć zostało powiedziane to co w moim przykładzie widać w nawiasie, ktoś kto myśli magicznie może to zrozumieć w zupełnie inny sposób: 'Jak to? Uważa mnie za swoje nieszczęście? Coś się dzieje złego, kiedy przychodzę? Mówi mi delikatnie, że to koniec naszej przyjaźni?' To jest relacyjna przepaść! Trzeba się nauczyć na nią uważać, żeby nie polecieć!, bo w tych sytuacjach bez dogadywania się 'aż do bólu' w ogóle nie ma porozumienia. Nie w sensie, że ktoś nie chce porozumienia, czy świadomie nakręca konflikt, ale w tym sensie, że w pewnych sytuacjach światopoglądowych po usłyszeniu dokładnie tej samej wypowiedzi, ktoś myśli zupełnie coś innego (i to uważa za oczywiste), niż chciał powiedzieć rozmówca. Kto nie jest katolikiem, a chciałby sobie z tym szybko poradzić, powinien na stałe uwzględnić, że katolik, bezwiednie nawet, uwzględnia dobro drugiego; jest w relacji, która ma na względzie dobro każdego rozmówcy, a jeszcze bardziej przyjaciela. Na szczęście każdy prawie człowiek jest zainteresowany jakimś rozwojem, jakimś polepszaniem, udoskonalaniem, więc już samo odejście od przepaści na bezpieczną odległość oznacza prawdziwe rozmowy, czyli sytuacje, w których każdy w jakiś sposób ma na względzie dobro i swoje, i drugiego (i to jest oczywiste), ale pozostaje prawie na zawsze przestrzeń, w której trzeba się dogadywać w kwestii po pierwsze rozumienia tego dobra (nie mam na myśli sytuacji, w której dochodzi do negocjacji na temat tego co uważamy za dobro, ponieważ zależy nam, żeby to było to samo dobro, ale chodzi mi o wyjaśnianie rozumienia dobra tak długo jak to jest potrzebne, żeby to jak kto pojmuje dobro było zrozumiałe dla wszystkich rozmówców [jakikolwiek przykład: ktoś uważa, że dobrem jest nie jeść śniadań, ktoś inny uważa, że dobrem jest jeść śniadania, jeszcze inny uważa, że dobrem jest nie mówić o tym czy się je śniadania, czy nie, jeszcze jeden inny uważa, że dobrem jest ustalić o czym dokładnie rozmawiamy, a jeszcze ktoś, że dobrem jest sama rozmowa, nie ważne o czym itd.]), po drugie sposobów jego zdobywania lub oferowania, a po trzecie czy ktoś sobie tego w ogóle życzy (Internet w tym względzie jest środowiskiem bardzo przyjaznym, ponieważ jeśli ktoś sobie czegoś nie życzy, czyta sobie inną stronę www).

21 października 2019 r.

Kto się czuje na siłach podjąć rozeznawanie ukrytych form przemocy, może posłuchać piosenki Dzięcioł w drzewo stukał, a na rozumienie prawdy w dniu dzisiejszym proponuję piosenkę I tak warto żyć. Nie powinno być od tego depresji.

19 października 2019 r. (sobota)

Stan kobiet konsekrowanych można rozumieć jako widzialny znak czyśćca (bardzo polecam Traktat o czyśćcu św. Katarzyny Genueńskiej [oczywiście proszę szukać tłumaczenia z imprimatur]); dlatego tyle w nim cierpienia, ale to jest mądre i słuszne, bo po pierwsze na pewno zmniejsza ilość czyśćca, który się duszy należy po śmierci oraz osadza duszę w stanie kobiet konsekrowanych z całą pewnością w chrześcijaństwie zachodnim, ponieważ wiara w czyściec jest dla chrześcijaństwa zachodniego charakterystyczna. Ta duchowa rzeczywistość mocno odróżnia ten stan od życia konsekrowanego zakonnego, ponieważ życie konsekrowane zakonne jest - jak wiadomo nie od dziś - widocznym znakiem rzeczywistości niebieskiej, czyli nieba. Dodam od razu, że uważam, iż trzeba naprawdę hartu ducha w życiu duchowym, żeby żyć jako znak nieba na ziemi i faktycznie żyć, czyli nie zginąć od ataków ducha pychy. Jeśli się tak zobaczy takie życie, nie ma już czego zazdrościć, jeśli się nie udało z marzeniem o klasztorze, po prostu tam jest dużo, dużo trudniej; ciężar znaku czyśćca jest dla życia duchowego, które już nie jest młode (przecież 45-55 lat), na pewno bezpieczniejszy. Proszę więc nie bać się cierpienia, ale błagać Pana, żeby go ujmował, a niektórych ludzi świeckich jakoś dyskretnie prosić o litość, bo inaczej nie rozumieją co się dzieje i że bywają używani przez złe duchy do zadawania nieświadomie i niechcący, ale naprawdę perfidnych cierpień (bywa, że kto się dowie, że moja książka o stanie kobiet konsekrowanych nie otrzymała imprimatur, dosłownie odchodzi, a ja nie mam siły tłumaczyć, że to jest niehumanitarne dla kogoś w mojej sytuacji, zwłaszcza że dobre relacje ze mną teraz, kiedy jestem w duchowej nędzy, mogą być prawdziwą lekcją o tym jak nie być religijnym fanatykiem). To są doskonałe ćwiczenia w pokorze.

16 października 2019 r.

Nic nie pójdzie dobrze w temacie rozeznawania powołania do stanu kobiet konsekrowanych, który na dodatek nie jest zatwierdzony przez Stolicę Apostolską (a kiedy i czy w ogóle, nie wiadomo), jeśli w duszy, która rozeznaje takie powołanie nie ma poukładanych dobrze spraw związanych z własnym światopoglądem pro-life. A nawet potem będzie bardzo trudno, jeśli jakaś dusza będzie chciała podjąć próbę i okaże się to rzeczywiście możliwe, dosłownie duchowy survival i to w mocno dojrzałym wieku. Na dodatek wiele trzeba się już wcześniej, czyli przed 45-55 rokiem życia, natrudzić. M. in. trzeba pojechać przynajmniej na „Fundament” rekolekcji ignacjańskich. Jeśli dusza już była, trzeba sprawdzić osobiście czy nie ma dusza powołania do jednego ze świeckich instytutów życia konsekrowanego, a potem wszystko inne, co już jest szczęśliwie zatwierdzone, też trzeba sprawdzić w sensie rozeznawania dla siebie czy to przypadkiem nie to. Dopiero, kiedy się okaże, że dusza jakimś trudnym do pojęcia sposobem wypada ze wszystkiego co myślała, że dla niej dostępne, tzn. np. wszędzie dalej czuje się bardzo nieszczęśliwa, wie (mniej więcej) dlaczego, a jednak nadal uważa, że ma powołanie do życia konsekrowanego, wtedy może spróbować mieć nadzieję, że może w takim razie, kto wie, może chodzi o powołanie do stanu kobiet konsekrowanych. Trzeba się dużo modlić na różańcu. Naprawdę.

15 października 2019 r.

Na rozeznaniowy start proponuję piosenkę Świat nie wierzy łzom.